„Powiedział „zawsze wam pomogę” i rozłączył się”. Joanna Kos-Krauze wspomina Piotra Woźniaka-Staraka

– Pewnej soboty przyjechał kurier i przyniósł nam dawkę leku dla Krzysztofa na pół roku. Powiedział, że to prezent od Piotra. Do dziś nie wiem, jak dowiedział się o tym, że mamy problem – wspomina producenta filmowego Piotra Woźniaka-Staraka reżyserka i scenarzystka Joanna Kos-Krauze. – Zadzwoniłam, żeby podziękować. „Aśka, sp*****laj, o czym ty w ogóle mówisz. Pomogliście mi, ja zawsze pomogę Wam. Daj znać, kiedy się lek skończy i dowieziemy następną dawkę”. I rozłączył się – dodaje.

Producent filmowy Piotr Woźniak-Starak zginął w wypadku na jeziorze Kisajno. Wypadł z motorówki podczas wykonywania manewru skrętu. W poszukiwaniach brała udział m.in. Grupa Specjalna Płetwonurków RP. Od niedzieli powierzchnię, dno i brzegi jeziora przeszukiwali policyjni wodniacy, straż pożarna, ratownicy MOPR i WOPR z Gdyni. W akcji poszukiwawczej brała także udział m.in Grupa Specjalna Płetwonurków RP.

W rozmowie z Onetem Woźniaka-Staraka wspomina reżyserka Joanna Kos-Krauze, która poznała go, gdy wraz z mężem Krzysztofem Krauzem pracowała nad filmem „Plac Zbawiciela”. – Poznałam Piotra na początku jego drogi filmowej. Zaraz po jego powrocie ze Stanów, około 2005 roku. Kręciliśmy wtedy „Plac Zbawiciela”. Byliśmy z Krzysztofem dość trudni w tym sensie, że niechętnie dopuszczaliśmy kogoś nowego do naszej stałej ekipy. Film powstawał w specyficznych warunkach, staraliśmy się, by na planie była po prostu grupa przyjaciół, bliskich sobie ludzi. Ktoś poprosił nas o przyjęcie takiego jednego Piotra na asystenta – mówi.

– Byliśmy dość niechętni, ale kiedy przyszedł, ujął nas świetnym wychowaniem, nieśmiałością i pracowitością. Nie mieliśmy pojęcia, kto to jest, nie znaliśmy Staraków. To był, zdaje się, jego pierwszy plan filmowy w Polsce. Pamiętam ostatni dzień zdjęciowy. Był bankiet, który – również z przyczyn finansowych – robiliśmy u sąsiadów w ogrodzie. Nagle przyjechał samochód i przywiózł nieprawdopodobne ilości szampana i wędzonych ryb. Okazało się, że to był prezent od Piotra. Dziękował nam, że mógł być w tym projekcie. Byliśmy zupełnie oszołomieni – przyznaje.

W 2008 roku Woźniak-Starak założył studio filmowe Watchout Productions, zajmujące się realizacją reklam, produkcją filmową oraz prowadzeniem kampanii reklamowych. Pod jej szyldem wyprodukował m.in. film „Big Love”, „Sztukę kochania” czy „Bogowie”. – Miał wielkie problemy, środowisko traktowało go okropnie. Nie dowierzano mu, że naprawdę chce robić kino, że sobie poradzi, że wie, co robić. Mieli problemy z rozpoczęciem pracy. Świat, z którego pochodził, dla niektórych nie był atutem, tylko wręcz problemem. Widzieli jego rolę jako producenta, sprowadzając ją wyłącznie do pieniędzy. A bycie producentem ma jeszcze stronę artystyczną. Nie zachowywała się część środowiska wobec niego w sposób elegancki – ocenia Kos-Krauze.

– Przyszli do PISF-u, byłam w jednej z komisji, a mi się ten projekt niezmiernie podobał. Pamiętam, jak staliśmy we trójkę, wraz z Krzysztofem Rakiem, pod Instytutem i paliliśmy papierosy. Była zima, a Piotr był bardzo zdenerwowany, miał poczucie, że rozmowa nie poszła dobrze. Uspokajałam go, że mają świetny projekt i wywalczę na niego pieniądze. Nie wydawało mi się też, żeby ktoś mógł nie być przekonany do tego filmu. Oczywiście, to się udało. Kilka razy pomagałam nawet przy konsultacjach scenariuszowych do „Bogów” – wspominała.

– Od tamtego czasu minęło kolejne kilka lat. Mój mąż był umierający, miał przerzuty do mózgu. Wyczerpały się ścieżki leczenia. Został jeden lek, który mógł pomóc, bardzo drogi. Załatwiłam go, ale brutalnie mówiąc, zabrał nam go jeden z onkologów. Być może miał rację, może nie miało to sensu z perspektywy medycznej. Dawka tego leku kosztowała kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Musiałam Krzysztofowi powiedzieć, że straciliśmy ten lek. Byliśmy bardzo podłamani. Którejś soboty o ósmej rano zadzwonił telefon – to kurier od Piotra, pyta, czy jesteśmy w domu. Mówię, że jesteśmy, siedzimy na tarasie, pijemy kawę. Przyszedł i przyniósł dawkę leku na pół roku. Powiedział nam, że to prezent od Piotra. Do dziś nie wiem jak, od kogo dowiedział się o tym, że mamy taki problem – przyznaje reżyserka.

– Zadzwoniłam do niego, żeby podziękować. „Aśka, sp*****laj, o czym ty w ogóle mówisz. Pomogliście mi, ja wam zawsze pomogę. Daj znać, kiedy się lek skończy i dowieziemy następną dawkę”. I rozłączył się – wspomina.

Źródło: kultura.onet.pl

Share